Anioły

10 lutego 2015

 

Zobaczyłam to zdjęcie i pojawiły się łzy wzruszenia. Razem z tym obrazkiem powróciły wspomnienia i przypomniałam sobie tamten dzień. Mroźny, zimowy ale bajkowy. Wybrałam się na Turbacz, jak to ja – sama, bo tak najfajniej, bo można pobyć samemu ze swoimi myślami, nad czymś się zastanowić, coś przemyśleć. Chłonąć chwile w swoim tempie.

To było WTEDY.

 

We wsi na dole przyplątał się do mnie pies, mały, kudłaty kundel … i tak wlókł się krok za mną. Na początku nie zwracałam na niego uwagi, potem zrobiło mi się go żal, bo jakby nie było, ja szłam do schroniska, a on coraz bardziej oddalał się od swojego domu. Jego właściciele mogli się martwić. Zawróciłam mniej więcej po 30 minutach, żeby go odprowadzić do wsi. Tym razem szliśmy w dół, ja i mój towarzysz. Gdy zza drzew wyłoniły się zabudowania, zawrócił i znowu pobiegł w górę. Nie miałam już czasu na te zabawy, bo mogła zastać mnie noc na szlaku, czego wolałam uniknąć.

 

Trasa łatwa w lecie, okazała się nieco trudniejsza zimą. Pusto, od czasu do czasu ktoś zjechał na nartach, ktoś powiedział „cześć” wracając z gór. Dobrze przygotowana, ale już poza szlakiem można było ugrząźć w głębokim, puszystym śniegu. Pogoda była piękna, ale tuż po purpurowym zachodzie słońca, zaczęło się dość szybko ściemniać. Do schroniska było co prawda niedaleko, jednak zmrok w górach zapada znacznie szybciej. Noc była jasna, drogę oświetlała pełnia księżyca, dookoła cisza, a jedyne odgłosy jakie do mnie dochodziły to skrzypiący pod nogami śnieg.

 

No kondycji to ja raczej nie mam najlepszej, więc co chwilę zatrzymywałam się, żeby złapać oddech i wtedy ON, który szedł tym razem przede mną, zawracał i popychał mnie nosem …. I tak sobie szliśmy przez następne pół godziny, rozmawiając, bo ja gadam do siebie 🙂

 

Już wtedy wiedziałam dlaczego ze mną poszedł na górę, dlaczego nie zawrócił do wsi, ale nie potrafiłam tego nazwać. Czułam do niego taką wdzięczność, że nawet przez myśl mi przeszło, żeby zabrać go w drodze powrotnej do mojego domu. Doszliśmy do schroniska, które tego dnia tętniło życiem, odbywał się tam zimowy kampus a ON zniknął gdzieś pomiędzy tymi wszystkimi igloo. Następnego dnia wstałam przed wschodem słońca, ale już go nie widziałam. Zaczęłam schodzić do wsi, gdzie zostawiłam samochód i wtedy na trasie zobaczyłam małą, kudłatą kulkę, która towarzyszyła jakiemuś mężczyźnie w drodze na Turbacz.

 

To był ON …. mój ANIOŁ na czterech łapach ….. Anioł Stróż samotnych wędrowców.

<< POPRZEDNI
NASTĘPNY >>

Zamieszczone na tym blogu zdjęcia są moją własnością. Jeśli chcesz je mieć, proszę skontaktuj się najpierw ze mną :-)