Rozdział 2/6 – Zapach Toskanii

5 maja 2015

 

Wylądowaliśmy, czuję Toskanię, moją Toskanię. Uwielbiam ten zapach – zapach cyprysów i powietrza. Ciepło i przyjemnie. Idę odebrać samochód.

 

JA (do pana w wypożyczalni): co???? Fiat 500???? Czerwony?????????? woooow!
Byłam skłonna go ucałować. Skąd wiedzieli, że czerwony? Podobno mają tylko jeden czerwony, a inne białe… mój ulubiony samochód, w moim ulubionym kolorze!

JA (dzwonię): wiesz? (nawijam jak najęta) mam najpiękniejszy, najbardziej wymarzony, upragniony, naj, naj samochód świata.

No teraz to ja już nic nie muszę. Mam Fiata 500, mam Fiata 500, czerwonego Fiata 500. Chyba nie zasnę z wrażenia.

 

Hotel, Włosi, noc, śniadanie, Włosi, kawa, Włosi … ach, ech, oni to potrafią… podbudować moje ego. Wsiadam do mojej boskiej bryki (ile ona ma bajerów) i jadę do mojej boskiej willi z basenem, zaparkuję w garażu, usiądę na tarasie, zapalę papierosa (nawet jak nie palę na co dzień) i będę pić wino. Pić, słuchać muzyki, oglądać filmy, czytać książki i nic nie robić. No może od czasu do czasu zdjęcia, a i to tylko mojemu boskiemu samochodowi.

 

JA (dzwonię do przyjaciółki): Jestem w Toskanii, sama … i już jest pięknie. To będą… wakacje marzeń / życia

ONA: Co? Jesteś tam sama? Dlaczego mi nie powiedziałaś? Mogłyśmy być tam razem

JA (wysyłam SMS do przyjaciela i dostaję odpowiedź): Jak mogłaś? Mogliśmy pojechać razem. Mogło być tak pięknie…

 

I jest pięknie, pachnie Toskanią, cyprysami, piękne niebo, ciepło (nie gorąco), muzyka na full, śpiewam, uśmiecham się. Żyć, nie umierać. W międzyczasie umawiam się z moim panem rezydentem (Martin) na 18:30.
Jadę, co chwilę zatrzymuję się, podziwiam widoki, uśmiecham się do siebie i do innych, znowu jadę, postrój na kawę, odwzajemniam uśmiechy miłych Włochów, znowu jadę, postój na obiad i tak powoli po 7 godzinach zbliżam się do mojej wymarzonej willi. Teraz tylko kilka kilometrów drogą szutrową i będę na miejscu.

 

Jadę i jadę przez las, mijam jeden dom i dalej jadę. Droga coraz gorsza, domów już nie ma, a jak okiem sięgnąć, dookoła las, las i TYLKO las. Osz kurna, chyba pomyliłam drogi, więc zawracam. Przejeżdżam obok jednego, jedynego domu, który minęłam wcześniej i nagle na mojej drodze napotykam samochód. Mam nadzieję, że to nie Martin no, bo przecież to nie TA droga! Uff, kobieta. Wygląda na to, że to ja muszę wycofać, ale zanim to zrobię pytam czy nie wie, gdzie jest ta i ta willa. Wie, muszę zawrócić i pojechać jeszcze ok. 3 km tą drogą w las. NIE WIERZĘ! To zły sen, ale grzecznie wycofuję, ustępuję jej miejsca i nadjeżdża drugi samochód. Tak, to Martin! Wymieniamy grzeczności i jadę za nim. Jadę, jadę, jadę i wciąż mam nadzieję, że ta droga przez las to tylko na chwilę, a potem wyjedziemy na normalną, na asfaltową. Ale NIE, nasza szutrowa droga przestaje być szutrowa i staje się jeszcze gorsza niż szutrowa. OK! Nie chcę już widzieć tego domu, nie zostanę tu. Dzwonię do Martina, który jedzie przede mną, ale ….. Jezu!!! TU nie ma zasięgu, nie ma zasięgu, nie mam jak mu dać mu znać, że nie chcę tu być. I w tym momencie zdaję sobie sprawę, że teraz to musimy dojechać do jakiegoś „parkingu”, żeby zawrócić, bo na tej drodze mieści się ledwo mój samochód. Jadę dalej. Ta podróż trwa wieczność, jak na moje wyczucie odległości to już jedziemy w głąb lasu jakieś 5 km. Nagle zatrzymujemy się przed bramą. Martin otwiera bramę i ostrym zjazdem wjeżdżamy na moją posesję. Jest już szarówka.

 

Nie mam sił wysiąść z samochodu, z wrażenia albo z przewrażliwienia. Nie wierzę! To ma być moja upragniona willa? No fakt, boska i w pięknym toskańskim stylu i do tego ma ten piękny basen. Ale ja już nie chcę tego widzieć. Bez ogródek mówię, że nie mogę tu zostać, że nikt mnie nie poinformował, że to środek lasu, że wiedzieli, że będę tu sama, że nie było takiej informacji na stronie internetowej i że chcę, aby mi dali inny dom w zamian. Mówię to w kółko na okrągło (jak mawiał Tygrysek z Kubusia Puchatka). Martin mi tłumaczy, że on niewiele może teraz zrobić i że musimy zadzwonić na emergency do biura w Anglii i tylko oni mogą mi pomóc, a on może mnie jedynie zawieźć do hotelu.Z minuty na minutę robi się coraz ciemniej, oczami wyobraźni widzę bandytów, zboczeńców, tygrysy, wilki, węże i pająki. Widzę, jak mnie atakują, zabijają, duszą, zjadają … o duchach nie wspomnę, bo na pewno nie jednego turystę tu zadźgali i teraz ich duchy będą chciały mnie ostrzec, żebym spierdzielała stąd, gdzie pieprz rośnie. I nagle mój kontakt ze światem się urywa, Martin coś mówi, ale nie wiem co. W ogóle nie rozumiem ani słowa. Przypomina mi to Wieżę Babel. W jakim on mówi języku? Myślę, że zemdlałam i nic rozumiem, ale… nie zemdlałam, bo widzę wszystko dookoła, tzn. ciemność widzę. Martin coś mi tłumaczy, a ja nic nie łapię, w ząb, ani słowa i nagle słyszę swoje imię. JEST, ZNAM, wracam do siebie. Potem mi powiedział, że się przestraszył, bo nie wiedział co się stało. Nosz kurna, on się przestraszył, ja cały czas byłam przestraszona, a on się raz przestraszył, też mi wyczyn. Widząc w jakim jestem stanie, zaproponował żebyśmy wrócili. Wsiadam do samochodu, próbuję sforsować ostry podjazd na dwójce, potem jedynce i … nie dam rady. Nie wyjadę. Mój maluszek jest za słaby, nie wiem ile ma horsów, ale nie radzi sobie na tej dróżce. Trąbię na Martina no, bo nie ma zasięgu i zadzwonić nie mogę. Wraca mnie uratować mój Rycerz! Pod koniec tygodnia ma padać, już widzę (jeśli w ogóle nic mnie nie zabije do tego czasu, albo nie zeżre w tym lesie) jak wyjeżdżam stąd. Nawet pomocy nie wezwę, bo nie ma zasięgu. TYLKO SPOKOJNIE!

 

Dojeżdżamy do cywilizowanego miejsca. Ciemno jak w dupie u murzyna, ale już mi lepiej, jest asfalt, asfalcik. To nic, że las, ale białe linie na tym asfalciku są takie cudowne, równiutkie – CYWILIZACJA. Martin próbuje dodzwonić się do biura w Anglii. Po kilku próbach nagle zaczyna z kimś rozmawiać po angielsku, daje mi słuchawkę i mam wytłumaczyć wszystko od początku. Więc nawijam, mam przećwiczone, bo Martinowi powtarzałam to na okrągło, że nie mogę TU zostać, bo sama, bo w lesie, bo brak zasięgu, bo mój samochód nie da rady itp. itd. I, że muszą mi dać inny dom w zamian, bo nikt mnie nie poinformował itp. itd… i, że to niepoważne itp. itd. Po moim kilkuminutowym monologu odzywa się sympatyczny, męski głos i zaczyna mi wyjaśniać, że pomyliłam go chyba z kimś innym, a on jest tylko właścicielem tego domu i nie może mi zaoferować innego, bo nie ma ich więcej. Upssss, teraz to ja go przepraszam i mówię, że byłam przekonana, że to ci z biura z Anglii, że dom super, miejsce piękne, ale na miesiąc miodowy a nie dla samotnej kobiety. I dowiaduję się, że Pan też się dziwił, że sama tu będę itp. itd… i, że nawet kontaktował się z biurem, ale powiedzieli mu, że dla mnie to nie problem.

 

Ja im kuźwa jeszcze pokażę jak tylko dotrę do jakiejś cywilizacji. Jak to nie problem? Zajebisty PROBLEM. Ale teraz nie będę się denerwować. Mam wakacje, aparat, konserwę i Fiata 500. Więcej nic do szczęścia nie jest mi potrzebne, a na pewno nie do odebrania mi go. Zarówno właściciel jak i Martin mają się skontaktować z biurem.

 

Zapomniałam wspomnieć, że gdzieś w międzyczasie spytałam w żartach Martina czy może tam ze mną zostać 🙂

Martin: mam żonę i dziecko (śmiech)

JA: może być z żoną i dzieckiem, mam 2 sypialnie (śmiech)

 

Też nie … DZIWNY jakiś. Z tego wniosek, że:

  • nie jest rodowitym Włochem, bo jest wierny żonie;
  • jest tuż po ślubie;
  • nie jestem w jego typie, choć trudno mi w to uwierzyć, bo Włosi są jak robotnicy – oglądają się za każdą i nie znaczy to, że akurat im się podoba
  • też się bał zostać w tym lesie.Martin zawiózł mnie do hotelu i tu nasze drogi się rozeszły.

 

… ciąg dalszy nastąpi …

<< POPRZEDNI
NASTĘPNY >>

Zamieszczone na tym blogu zdjęcia są moją własnością. Jeśli chcesz je mieć, proszę skontaktuj się najpierw ze mną :-)