Rozdział 4/6 – Dom w Pino

7 maja 2015

 

Po całym dniu zwiedzania Toskanii docieram do willi, w której wynajmuję apartament od Tomka. Ciemno, dzwonię do Asi (żona Tomka). Okazuje się, że jest w pracy i przyjedzie później ale, że klucz jest w drzwiach i że Tomek nic nie powiedział Asi wcześniej, i że ma być zimno w nocy, i że zamarznę, i że drewno nie porąbane, i że faceci porąbani, i że Asia przywiezie mi drugą kołdrę, i że …. jestem tu SAMA. Nie chciałam mieszkać sama w lesie, to nie dość, że mieszkam sama w wielkiej willi, to pewnie i w okolicy (wszędzie ciemno). Siedzę w łóżku, Asia przywozi kołdrę, gadka szmatka, jest coraz zimniej. Zimno jak cholera. Ubieram 2 pary skarpetek, 2 koszulki, spodnie dresowe, polar, czapkę, rękawiczki bez palców i siedzę opatulona w łóżku z laptopem i lampką wina. Przypomniał mi się film „The Holiday” z Cameron Diaz, która siedzi w domu Kate Winslet w Anglii ubrana dokładnie tak jak ja. Brakuje tylko Jude Law, który przychodzi przenocować w jej domu. A może jeszcze przyjdzie?

 

Jak przeżyłam noc? Nie wiem. Nie zamarzłam w każdym bądź razie. Jadę na zdjęcia moim boskim autem. Jest pięknie, słonecznie i ciepło. Co za anomalie temperatur, chodzę w koszulce z krótkim rękawem, a w nocy o mało nie zamarzłam. Nie wiem jak przeżyję następną noc. Dzwonił Tomek. Mówił, że trzeba drewno porąbać, i że Marek jak przyjedzie to porąbie. Ok, może przetrzymam i dzisiejszą noc. Marek nie przyjechał. Noc z kolei okazała się cieplejsza. Spałam bez czapki i rękawiczek, w jednej parze skarpetek i bez polara, oczywiście wciąż pod dwoma kołdrami. Wstaję, próbuję zaparzyć kawę, a tu płomyczek świeci, świeci i pyk, pyk … przestał świecić. Skończył się gaz. Ja pierdu! Dzwonię do Asi. Tak, jest butla na dole, ale ciężka i jak Marek przyjedzie to … Przytaszczyłam ją na górę, ale na razie nie podłączam, bo jak pierdyknie to już nic nie zobaczę, a dziś dalej w Toskanię jadę. Jak Marek przyjedzie to podłączy wieczorem. Wieczorem dostaję SMS od Asi: „Marek dzwonił, że nie przyjedzie, sprawy rodzinne, ale w apartamencie na dole jest czajnik”. LUZ, na wszelki wypadek nie podłączam butli, bo skoro wszystko idzie tak dobrze, to po co psuć dobrą passę i bawić się w pirotechnika.

 

Jadę na pocztę, trzeba jakoś przywieźć do Polski te 13,5 kg nadbagażu … no, bo przecież nie zapłacę zdziercom 850 PLN. Na poczcie za nic w świecie nie mogę się z nimi dogadać. Czy oni nie mogą mówić przynajmniej na poziomie preIntermediate? No ale po 15 min. znaleźli Pana, który umiał się ze mną skomunikować. Zakupiłam największe żółte pudełko jakie mieli. Przesyłka do Polski 15 kg to 36 EUR. Taniocha! Jutro zapakuję paczkę.

 

Ale ten czas zapierdziela, za 3 dni wracam, moje 20 kg (bagaż główny, rozłożone na 2 sztuki) + 10 kg (podręczny) + ja (tak na oko jakieś minus 3 kg) łącznie zdecydowanie poniżej 90 kg, reszta 15 kg poleci/pojedzie innym kursem.

 

Do domu wprowadzili się nowi, mili, amerykanie. Przywitaliśmy się, wymieniliśmy grzeczności. Pootwierali okna, dymi się jak z fabryki, palą w piecu – pewnie nie mają czapek i rękawiczek :-).

 

Dziś pada, to chyba jakieś fatum. Pół roku temu jak tu byłam, to ostatnie 2 dni też padało. Czytam Wzgórza Toskanii, piję wino i siedzę pod wielką Pinią (drzewo iglaste) przed domem, w moim boskim samochodzie. Widok mam przecudny. W domu zimno, a tu mam otwarte okno, na polu (na dworze – dla tych na północ od Krakowa) ciepło, krople deszczu spadają z Pinii na dach samochodu, byle tylko do środka się nie nalało.

 

12:30 – no i przestało padać, a zapowiadali na cały dzień, świeci słońce – co za zmyłka, tak mnie oszukać!!! Już nigdzie nie pojadę, bo piłam i dopuszczalne 0,5 promila to już mam w sobie, bo wypiłam 2/3 butelki Chianti. Wino mi tu wchodzi jak woda. Muszę więc chodzić, nie ma wyjścia. Biorę aparat, czapkę z kwiatkiem, kalosze w kropki. Nie, nie jest zimno, ale zauważyłam, że czapka albo ja w czapce cieszymy się wielkim zainteresowaniem wśród przejezdnych, podobnie jak statyw, który też biorę ze sobą i idę w okolicę na zdjęcia. To niesamowite, rozkładam statyw, czapka na głowie i wszyscy trąbią, mrugają światłami (nie, nie stoję na ulicy), machają, uśmiechają się, a nawet zatrzymują i zagadują (po włosku oczywiście :-)). Fajny ten kraj.

 

Obudziłam się dziś jakoś wcześniej i zastanawiam się, jaki to dzień tygodnia. Może jeszcze nie muszę wracać? Dobrze, że byłam na poczcie wysłać paczkę do Polski, to pan walnął pieczątkę, z której wynikało, że dziś mam samolot. Niestety już DZIŚ.Jakoś tak nostalgicznie się zrobiło. Za chwilę jadę tzn. wyjeżdżam. Walizki spakowane. Smutno mi się zrobiło. Rozejrzałam się dookoła i dopiero teraz do mnie dotarło jaki tu spokój, słychać tykanie zegara i ptaki za oknem. Po co ja wracam? Do tej ciągłej bieganiny (wręcz gonitwy), do spraw zapisywanych w kalendarzu (aby nie zapomnieć co mam zrobić za 5 minut, za tydzień, za miesiąc) do korporacji… Dobrze, że dziecko na mnie czeka, to mam przynajmniej motywację. Kiedyś stamtąd ucieknę, zapakuje moje życie w czerwoną oraz żółtą walizkę i wyprowadzimy się. Zamieszkamy gdzieś na wsi, stamtąd pochodzę i tam powrócę, tam się żyje inaczej, może i skromniej ale najważniejsze, że tam czas płynie wolniej. Można się zatrzymać, zastanowić nad sobą i zauważyć własnego sąsiada. Rozmarzyłam się. A do mojej Toskanii wrócę za rok w marcu, bo wciąż nie mogę nacieszyć się jej urokiem, a i Jude Law ani żaden inny mu podobny nie zabłąkał się do mojego apartamentu.

 

… ciąg dalszy nastąpi …

<< POPRZEDNI
NASTĘPNY >>

Zamieszczone na tym blogu zdjęcia są moją własnością. Jeśli chcesz je mieć, proszę skontaktuj się najpierw ze mną :-)